Starając się

Samotność w staraniach

Zawsze chciałam mieć gromadkę dzieci. Planowałam trójkę, jako minimum. Niestety życie zweryfikowało moje plany i to w sposób dosyć brutalny…

Samotność w staraniach 1

Krótko po ślubie rozpoczęliśmy starania o dziecko. Pierwszy cykl nie wyszło, drugi znów to samo, trzeci znowu nic. Poszłam do lekarza, który zlecił badania. Niestety okazało się, że mam kilka problemów zdrowotnych. Musiałam unormować tarczycę i inne hormony. Rozpoczęłam leczenie oraz monitoring cyklu.

Monitoring cyklu – dowiedz się kiedy masz owulację

Wiele kobiet idealnie potrafi wyliczyć sobie dni płodne – nic trudnego mniej więcej połowa cyklu. U mnie nie było to takie proste. Co miesiąc w 11 dniu cyklu, szłam do lekarza, często wypraszając u rejestratorki wizytę, bo doktor nie zawsze miał miejsce. Po USG dowiadywałam się, że mam przyjść za dwa dni, bo pęcherzyk słabo rośnie. Za dwa dni znów pojawiałam się w gabinecie, by usłyszeć, że musimy poczekać kolejne dwa dni. Po czym znów dwa dni, kolejne dwa dni, aż w końcu okazywało się, że owulacji nie było, bo pęcherzyk nie dojrzał. I tak przez 3 miesiące, bezskutecznie. Nie wspomnę, że kupowałam wciąż nowe testy owulacyjne czy suplementy, mające wspomagać owulację. Aby poprawić jakość śluzu, piłam przez pewien czas lek na kaszel ACC.

W końcu lekarz postanowił podać mi hormony, aby stymulować wzrost i pęknięcie pęcherzyka. Po hormonach, jak łatwo się domyśleć, czułam się źle, byłam rozdrażniona, wiecznie głodna, z zawrotami głowy, ale czego się nie robi dla wyższych celów. Kolejne trzy miesiące monitoringu i kolejne nic… Pół roku chodzenia na monitoring cyklu, każdego miesiąca wyjęty tydzień z życia. Godziny i minuty spędzone pod gabinetem lekarskim. Miałam wrażenie, że o rejestratorkach i pracy przychodni wiem więcej niż one same. Miałam wrażenie, że one patrzą się na mnie krzywo, zresztą nie tylko one.  W pewnym momencie w domu przestałam mówić, że idę do lekarza.

Samotna w tłumie

Zwątpienie, rezygnacja i przerażający smutek – to uczucia, które mi towarzyszyły. Zbliżenia z mężem stały się mechaniczne – teraz możemy, a teraz musimy się wstrzymać. Brakowało tej magii, którą przeżywaliśmy na początku.

Obwiniałam siebie, że to moja wina, to ja jestem jakaś inna, nie mogę normalnie zajść w ciążę. Stałam się apatyczna, poirytowana, ciągle zła i zmęczona. Każda informacja o ciąży koleżanek, kogoś w rodzinie była ciosem w moje serce. Cieszyłam się przez łzy. Ale płakałam w samotności, wieczorem, aby nikt nie widział. Mimo męża u boku i rodziny i przyjaciółek, byłam z tym tak naprawdę sama. Nie było nikogo z kim mogłabym szczerze porozmawiać, wygadać się. Wszystkim wydawało się, że spływa to po mnie, kolejny nieudany cykl nie robi mi wielkiej różnicy. Dusiłam to w sobie, nie pokazywałam tego na zewnątrz. Nikt mnie i tak nie rozumiał.

Wszyscy patrzyli jak na kosmitkę – “przecież jesteście zdrowi, to co jest nie tak“, “no jak tam, kiedy będzie dziecko“, “odpuście, a wszystko się uda” – takie teksty nie pomagały, a jeszcze bardziej dołowały. Sprawiały, że jeszcze bardziej czułam się zrezygnowana, popadałam w otępienie. Niewiele osób potrafiło zrozumieć, co czuję. Aby jakoś sobie radzić z tym, uciekłam w sport. Ale pomagało tylko na chwilę, po powrocie do domu, wciąż czułam się źle.

Miałam dość leków na poprawę owulacji, bo one wciąż nic nie przynosiły. Każdego dnia miałam coraz mniejszą nadzieję. Powoli popadałam w odmęt szaleństwa. Co miesiąc szukałam u siebie objawów ciąży. Każdy miesiąc był dla mnie pełen napięcia, zwłaszcza kiedy miesiączka się spóźniała. A potem znów przychodziło rozczarowanie i łzy nieszczęścia.

W końcu postanowiłam wyrzucić wszystkie leki hormonalne. Postawiałam na spontaniczność i nie myślenie o staraniach. I co?? Niestety, znów dwa miesiące w plecy. Kiedy poszłam do lekarza, bo spóźniała mi się miesiączka dosyć długo, okazało się, że mam torbiel na jajniku. Znowu leki na jej wchłonięcie.

W następnym cyklu przyszło zaskoczenie – wreszcie się udało, zobaczyłam dwie kreski!! BYŁAM WNIEBOWZIĘTA! Chciałam wykrzyczeć wszystkim, że jestem w ciąży. Po prawie półtorarocznym staraniu! Wreszcie się udało. Niestety, moja radość trwała jedynie 10 tygodni (o ty przeczytasz TUTAJ). Byłam załamana. Najchętniej zamknęłabym się w domu i nie wychodziła z niego. Zakopała się pod ziemię. Kiedy było “po wszystkim”, serce wciąż mi krwawiło, ból rozdzierał każdą cząsteczkę mojego jestestwa, a ja czułam się pusta, pusta i bezwartościowa. Bo nie tylko nie mogłam od razu zajść w ciążę, ale nie potrafiłam jej utrzymać. Nie potrafiłam obronić mojego ukochanego Kropka. Nie zadbałam o niego. “Co ze mnie za kobieta? Nie powinnam określać się tym mianem”. Ilość myśli, pomieszanych z bólem i wyrzutami względem siebie było tysiące. Pytania dlaczego tak się stało, wciąż na nowo do mnie wracały, a ja analizowałam swoje zachowanie, zastanawiałam się gdzie popełniłam błąd. Obwiniałam siebie, że to moja wina.

Po trzech miesiącach od poronienia udało mi się po raz kolejny zajść w ciążę. Euforia połączona była obawą, obawą przed kolejną stratą. Całą ciąże przed każdą wizytą u lekarza drżałam o mojego małe szczęście. Kiedy pojawił się na świecie oszalałam ze szczęścia i oszalałam na jego punkcie. Nieba bym mu przychyliła.

Powtórka z “rozrywki”

O pierwsze dziecko staraliśmy się tylko półtora roku, tylko, bo inni starają się po 4, 8 i więcej lat. Starania nie są łatwe. To walka ze swoim organizmem na każdej płaszczyźnie – nie tylko hormonalnej, ale również psychicznej. I ta sfera psychiczna jest najważniejsza. Często najbliżsi nas nie rozumieją, nie mamy w nich oparcia, bo wspieranie staraczki nie jest łatwe.

Zawsze wiedziałam, że nie chciałabym mieć dzieci rok po roku. Ale jednocześnie, gdy Jaś skończył 6 miesięcy postanowiliśmy zawalczyć o drugie dziecko, bo wiedziałam, że w moim przypadku to nie będzie łatwe. I nie pomyliłam się – nasze starania o drugie dziecko trwają już 3 lata, z czego 2 pod okiem lekarza. Po różnych perypetiach postanowiłam iść do innego lekarza. Po badaniach, które mi zlecił do policystycznych jajników, problemów hormonalnych, doszła jeszcze insulinooporność. Mimo, że mam już jedno dziecko i kolejne niepowodzenia powinny być “łatwiejsze do zniesienia”, to zaczynam odczuwać to, co wcześniej – zniechęcenie, odrętwienie, apatię, rozdrażnienie. To wszystko sprawia, że znów balansuję na krawędzi depresji. Planuję na dwa miesiące odpuścić monitoringi cykli i odstawić leki. Jeśli nawet nie zobaczę dwóch kresek, to mam zamiar zresetować głowę i odpocząć o tego staraniowego szału.

Podobało się? Podziel się
Samotność w staraniach 2

Samotność w staraniach

Aleksandra Załęska admin czas czytania: 5 min
38
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial

Sprawdź także